Nie tak dawno premierę miała gra: The Vanishing of Ethan Carter, polskiego studia The Astronauts. Ekipie przewodzi Adrian Chmielarz, jeden z największych – moim zdaniem – wizjonerów i projektantów w dziedzinie gier. Na jego profilu zagorzała dyskusja, na temat: Czy długość gry powinna być uwzględniania przy ocenie tytułu.

Zacznijmy od tego, o co w ogóle chodzi. Dyskusja zrodziła się z faktu, że zbierający dobre recenzję i oceny Ethan, ganiony był za długość rozgrywki (ok. 5h). Pan Adrian zasugerował, że krzywdzące jest obniżanie oceny za ten fakt, gdyż: a) zapowiadano, że gra będzie krótka, bo statystyki wskazywały, że wielu ludzi nie kończy gier, bo nie ma na to czasu, ponieważ są za długie, oraz b) Jak na jakość gry, wpływa jej długość?

Duża część osób oponowała, że płacąc x złotych, oczekują kilkunastu godzin rozgrywki. Zrobiłem mały research:

Kurs euro: 1 euro = 4,19zł ; Sklep: Steam

  • The Vanishing of Ethan Carter – Cena: 18.99 euro = 79,57zł – Czas gry: ok. 5h – Godzina gry: 15,91zł
  • Gone Home – Cena: 19,99 euro = 83,76zł – Czas gry: ok. 3h – Godzina gry: 27,92zł
  • Murdered: Soul Suspect – Cena: 39,99 euro = 167,56zł – Czas gry: ok. 11h – Godzina gry: 15,23zł
  • Dear Esther – Cena: 6,99 euro = 29,29zł – Czas gry: ok. 1,5h – Godzina gry: 19,53zł

Koszyk gier, to te podobne do gry Astronautów wg. Steama. Patrząc tylko pod względem ceny za godzinę gry, Carter ulega tylko Murdered, przy czym tamta gra, jest prawie dwukrotnie droższa! Więc czy faktycznie ktokolwiek ma prawo się domagać dziesiątek godzin, za taką cenę?

Z resztą zaczynając wycenę gry na podstawie ilości godzin, określić się możemy w RPG czy FPS, a jak wycenić wtedy RTSa, gdzie po przejściu fabuły dużo godzin nabijamy w trybie potyczki lub multiplayer? Widać, dobrze z takiego systemu wyceniania wychodzi tylko WoW, z abonamentem – serio chcemy takiego systemu płatności?

Zapychacze

Zastanówmy się teraz nad całością z innej strony. The Astronauts, to zespół, gdzie imiona wszystkich członków poznasz i zapamiętasz w czasie jednej imprezy, do tego nie posiadający siedmiocyfrowego budżetu. Czyli raz, że nie chcieli tworzyć gry długiej, to prawdopodobnie, nie daliby rady ogarnąć tego finansowo. Odbiliby się od ściany jadu ludzi oczekujących na grę, za przesunięcie premiery. Mało tego, zespół to pewnie przyjazna i zgrana ekipa, ale tynkiem ze ścian się nie najedzą i na dopieszczanie w nieskończoność nie mogą sobie pozwolić.

Załóżmy jednak na chwilę, że ekipa dostaje bonusowe kilka miesięcy i zastrzyk gotówki. Jak mają rozszerzyć grę? Historia, którą wymyślili jest już pełna, domknięta i spójna. Ingerowanie w gotowca, może sprawić, że pojawią się luki w logice, które z radością zostaną wytknięte przez graczy. No to może utrudnić zagadki? Zmiany w mechanice gry na takim etapie produkcji? Nie wiem kogo mają w ekipie, ale nie wiem czy jest na świecie programista, który by się tego podjął. Dołożenie zagadek? Skoro nie zmieniamy mechaniki, to sprowadzamy się do dokładania graczowi powtarzalnych zadań. Może więcej znajdziek? Czy szukanie 100 gołębi w GTA 4, było naprawdę najciekawszym zajęciem? Może osiągnięcia? Świetny pomysł. Zrób grę, gdzie klimat wylewa się z monitora, po czym wyrwij gracza, ze świata gry komunikatem „Dreptacz! – Właśnie przeszedłeś 500  kroków w kierunku północno-wschodnim pod słońce”.

Zauważ, że gry, które chwalą się czasówkami 40 godzin czy więcej, to najczęściej gry RPG, gdzie mamy od groma questów pobocznych, które często są powtarzalne i sprowadzają się do zanieś, zabij, pozamiataj. Ewentualnie dostajemy setki znajdziek z opcją „maksowanie gry”. Ewentualnie poziomy budowane są tak, że dostajemy zamknięte drzwi, co zmusza nas do odbicia w bok, żeby przebić się przez setki wrogów, aby na koniec wrócić z kluczem do tych drzwi.

Naprawdę nikt nie pamięta już Bioshocka, gdzie nagle ludzie narzekali, że jest za dużo walki, przez co są odrywani od oglądania świata i poznawania fabuły?! Czy teraz nie ma reakcji przeciwnych? Astronauci skupili się na świetnej fabule, pięknym i pełnym klimatu świecie, pozbawiając grę wszystkiego, co mogłoby od tego oderwać, a i tak dostaje się im jak Irrational.

Problemem jest system ocen

W moim odczuciu, problem nie leży po stronie gier, a po stronie systemu oceniania. Kiedy rozważamy zakup jednej z dwóch gier i widzimy przy nich oceny 6.0 i 7.8 to od razu wiemy co jest lepsze. Ale czy na pewno? Działa tutaj teoria wielkich liczb. Ocena będzie adekwatna dopiero w momencie gdy głos oddają setki tysięcy graczy. Ci którzy gatunek i serię lubią, oraz Ci którym się kompletnie nie podobała. Przy czym wynik dalej kompletnie nic nam nie mówi, bez punktu odniesienia.

Gra ma wiele cech, a tylko kilka da się ocenić obiektywnie. Jakość grafiki, dobór muzyki, voice acting, jakość animacji, fabułę. Ale nie da się już ocenić obiektywnie artystycznej strony grafiki, długości gry, ilości zadań pobocznych itp. Dlaczego? Bo rysowana grafika, dla jednego będzie plusem, a kto inny uzna to za wadę, bo woli fotorealistyczny klimat. Przy powrocie wielu tytułów, spotykałem się, że w recenzjach plusem było np. nawiązania do Fallouta. Czy dzisiejszy młody gracz, uzna to za plus, kiedy możliwe, że o grze nigdy nie słyszał?

Ocena liczbowa, nie sprawdza się w przypadku gier. Chyba, że autorem recenzji jest ktoś o podobnym guście do naszego. Dlatego, gdyby recenzję dostarczały listę najważniejszych cech gry, zostawiając graczowi możliwość zdecydowania czy to wady czy zalety, byłoby najlepszym rozwiązaniem. Liczbami, oceniajmy tylko to, co da się ocenić obiektywnie. Jeżeli trzymamy się kurczowo ocen, to nie nazywajmy tego recenzją, a subiektywną oceną gry.

Podoba Ci się? Udostępnij!